|
| :: komentarz autora: ciemość... cisza... jestem odłączony?...
ciemość... cisza... jestem odłączony?... uwięziony?... zaraz, coś jednak słyszę... szepty... zbliżają się... no tak... jestem w lazarecie... jestem martwy... och nie w tym śmiesznym ziemskim znaczeniu... nie jak te wątłe ludzkie istoty, wszak jestem dumą gwiezdnej floty, oddział szturmowy... cybernetyczni marines... moja jednostka centralna przetrwał ukryta za trzeba
osłonami w środku tytanowego korpusu... co się stało?... szepty, szepty, półgłosem wypowiadane słowa... no tak już wiem... jestem w lazarecie, na pewno leżę pośród setek innych roztrzaskanych marines, czekam aż moje biomoduły połączą się z mechanicznymi częściami... aż zrosną sie syntetyczne nerwy... tymczasem mam chwilę by posłuchac innych... niedługo technicy zresetują moją pamięć... znów zaprogramują cele, wyznaczą wrogów i dowódców, wtłoczą we mnie terabajty danych o wszystkich
znanych broniach i wyślą gdzieś w kolejną misję... jaka była ostatnia?... ach, musze im o tym opowiedzieć... muszę... wysłano nas gdzieś na skraj konstelacji Strzelca do opuszczonej bazy, mieliśmy ją oczyścić z tehuanoxów, kosmicznej plagi... standard... po wyjściu z nadświetlnej wpadliśmy między kilka tehuanoxańskich krążowników, o dziwo żaden nie wystrzelił, choś mieli nas na widoku jak dupę zza krzaka (cokolwiek to oznacza, te ziemskie powiedzenia są conajmniej dziwne)... przez pomemt nasz patrolowiec płynął spokojnie nad zniszczoną bazą, aż wpadliśmy w promień naszego poatrolowca, naszego dowódcy... miał na nas czekać... ale jak on to zrobił, sam w patrolowcu, między krążownikami tej zarazy... coś tu śmierdziało... sprowadził nas nad doki tej przeklętej bazy... wychodząc widzieliśmy jak dowódca gramoli się na zewnątrz w pancerzu do walki w
przestrzeni... potem czekał na nas przed wejściem... i już wiedziałem że będzie źle, że tehuanoxi to tylko przykrywka...
nie mogło być inaczej skoro dowodził nami kapitan RAEF... wyrzutek, samotny wilk, kilkusetletni mutant... podobno urodził się jeszcze na Ziemi, krótko po tym jak przeorały ja setki wybuchów nuklearnych, po tym jak promieniowanie na zawsze zieniło życie na tej planecie, podobno kolebce całej naszej cywilizacji... zrodzony z człowieka i cyborga opartego o nanotechnologię... mógł żyć wiecznie, leczyć się, modyfikowac swe ciało, ulepszać... obdarzony zwierzecymi instynktami i siłą
cyborgów... w pradawnej zbroji marsjańskiej którą wkomponował w swoje ciało, z paradną strzelbą wywiezioną z Ziemi... nikt takiej nie używał, w modzie były blastery z niekończącym się zapsem energii... on robił amunicję własnoręcznie... i stał tam, czekłą na nas, a potem juz tylko słyszałem jego krzyk... wrzeszczał i wyzywał nas od technicznych ciot, pierdolonych
cybernetycznych zasrańców, było też coś o mięsie na pożarcie (znów ta ludzka gwara), a potem o tym, że jeśli jesteśmy cos warci to pokażmy to, walczmy i przetrwajmy... później był tylko jazgot jego broni, syk blasterówm dym, i miliony impulsów biegnących w mych syntetycznych nerwach... monstra, na jakie nie byliśmy przygotowani... strach, panika i jego krzyk... ani kroku w tył, walczie matkojebcy, walczie......cisza... ciemość lazaretu......nie wiem czy wygraliśmy, nie wiem o co walczyliśmy, już dawno starsi mówili że szukał czegoś na własną rękę, by to przywieźć na Ziemię i dac ostatnim czystym ludziom nadzieję... może to prawda... może był zwykłym czubkiem...
Za ciemną szybą stał pół człowiek, pół cyborg, stał i patrzył na nanoroboty leczące jego marines...
hmmm, obrazek powstawał po kawałkach,najmier moja twarz z foty, potem dokładane rendery, zbroji, guna z ręką, no i tło :P wrrrrrrrrrrrrr |
|